Dawno dawno temu, kiedy byłam mała często siedziałam z atlasem geograficznym ( nikomu się wtedy nie
śniło przecież o google maps) i oglądać dalekie i niedostępne miejsca. Gran
Canaria, Teneryfa, Lanzarote.....cóż, skończyło się tak że umiałam na pamięć
wyrecytować nazwy wszystkich wysp archipelagu; łącznie z średnią roczną
temperaturą ;-)Marzyłam,że kiedy będę już duża i bogata,odwiedzę je
wszystkie. Minęło kilka...naście lat.
Teneryfa
Home sweet home
Coś musiało być w tym dziecinnym analizowaniu mapy i uczeniu się
nazw na pamięć. Dziś kiedy wysiadam na lotnisku na Teneryfie albo Gran Canarii
faktycznie czuję się, jakbym wróciła do domu.Oczywiście, to uczucie jest
silniejsze z każdym kolejnym wyjazdem. Ledwie kółka samolotu dotykają
ziemi,czuję że coś mnie ściska za gardło. Wychodzę z lotniska, wiatr rozwiewa
mi włosy,słońce raz jest,raz go nie ma,za mną przeważnie całodzienna ( albo
całonocna) podróż,ciąży mi wypchany do granic możliwości plecak....ale wreszcie jestem na swoim miejscu:-)